|
Z Wysp do kraju wracają rozpite ludzkie wraki – prosto do klinik leczenia uzależnień. W tureckim sklepie spotykam Polaka, który przyszedł po piwo. „Też z Polski?” – pyta: widzę, że mnie rozpoznał, chociaż nie wiem po czym... - Janek jestem - ściska mi rękę. Podaję niechętnie, bo jedzie od niego na kilometr. Boję się, że będzie chciał pożyczyć ode mnie pieniądze. Ale nie: on wyciąga czteropak Żywca z lodówki. Robi sprzedawcy aferę o cenę piwa, używając najpopularniejszego polskiego słowa. Sprzedawca jest wściekły, bo akurat to słowo mniej więcej rozumie, a w każdym razie wie, że nie jest to nic miłego. Wstydzę się za „kolegę”. Na Wyspach pełno jest takich Polaków.
Z Polakiem się nie napijesz?
Polacy zawsze znajdą powody do picia. Piją, bo nie mają pracy. Piją, bo mają pracę i ich stać. Piją, bo tęsknią za rodziną i ojczyzną. Piją, bo chcą zapomnieć o tym, że tęsknią. Piją, bo polskie piwo jest najlepsze na świecie - lepsze niż angielskie siuśki. Młodzi piją, bo wyrwali się ze swoich domów, czują się wolni i wreszcie mogą pić. Starzy piją, bo przyjemnie jest się wieczorem napić po pracy z kolegami, zwłaszcza jak wszyscy mieszkają na kupie.
Anglia nie jest krajem sprzyjającym niepiciu. To nie Skandynawia. Zresztą nawet w Skandynawii nie radzą sobie z problemem alkoholizmu. W Anglii jest jeszcze gorzej niż na północy Europy. Przygotowany niedawno na zlecenie brytyjskiego rządu raport nie pozostawił złudzeń w tym względzie i kompletnie załamał premiera Gordona Browna: wśród młodych ludzi w Wielkiej Brytanii alkoholizm osiągnął zatrważające rozmiary. W kraju pubów Polacy mają swoje specjalne puby dla Polaków, w których chętnie spotykają się z innymi Polakami. „Z Polakiem się nie napijesz...?” i piją: jak Polak z Polakiem...
Jak grzyby po deszczu
Alkoholizm daje się wyleczyć. Jest co najmniej kilka sposobów, aby wyrwać się ze szponów nałogu, przestać pić i wrócić do normalnego życia.
W Edynburgu została uruchomiona pierwsza grupa anonimowych alkoholików z Polski. W Londynie w kościele na Windsor Road od wielu lat spotykają się również ci, którzy chcą wyzwolić się z alkoholizmu. Zajmuje się nimi ksiądz Dariusz Kwiatkowski, który jest w Londynie duszpasterzem osób uzależnionych. Grupy Anonimowych Alkoholików istnieją przy parafii w Ealingu od dawna. Jak twierdzi ks. Kwiatkowski, jeszcze kilkanaście lat temu przedział wieku zgłaszających się tam osób był znacznie wyższy i wynosił około 50–60 lat. Oznacza to, że zwykle dopiero po mniej więcej 30 latach picia alkoholicy wpadali w kryzys i zaczynali coś z tym robić. Dziś na spotkania przy parafii przychodzą ludzie w wieku 25–40 lat, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, co oznacza, że obecnie ludzie znacznie wcześniej uświadamiają sobie, że coś jest nie tak z ich piciem . Duszpasterz osób uzależnionych w Londynie twierdzi, że każdego tygodnia odbiera 5 – 6 telefonów od ludzi potrzebujących pilnej pomocy. Mogą tam zadzwonić bez żadnych obaw. Ksiądz Dariusz podkreśla , że grupy wsparcia nie są grupami religijnymi lecz mają własny program duchowy, pomagający ludziom uniezależnić się od alkoholu.
Każdy ma szansę
W Polsce jest wiele ośrodków, które niosą pomoc ludziom uzależnionym. Leczy sie tam wielu pacjentów z zagranicy, w tym Polacy wracający z Wielkiej Brytanii.
- Mieliśmy takich pacjentów, którzy uczyli się tutaj polskiego – wspomina Włodzimierz Glinka z Prywatny z Ośrodka Kompleksowego Leczenia i Terapii Uzależnień w Janochach koło Ostrołęki. Jest lekarzem medycyny i pełni funkcję dyrektora placówki. - Jeżeli spotkasz na swej drodze człowieka uzależnionego to wiedz, że potrzebuje on profesjonalnego i kompleksowego leczenia – twierdzi. - Samoleczenie lub korzystanie z półśrodków nie daje pożądanych rezultatów, a stawką jest zdrowie i życie człowieka – ostrzega. Ci, którzy nie spróbowali leczenia, nie wiedzą, co im jest, jak mogą sobie pomóc. Bez podjęcia leczenia szanse na wyzdrowienie są znikome.
Zalecany cykl leczenia choroby alkoholowej wynosi osiem tygodni. Pacjent przez 24 godziny jest pod opieką lekarza, pielęgniarki i terapeuty. Równocześnie z terapią farmakologiczną prowadzone są przez doświadczonych i odpowiednio wykwalifikowanych profesjonalistów psychoterapie zarówno grupowe jak i indywidualne.
Po zakończeniu podstawowego programu terapii ośrodki utrzymują stały kontakt z pacjentami. Organizują na przykład sesje zapobiegania nawrotom choroby. Proponują też odpowiednie bloki terapeutyczne dla absolwentów ośrodka, ich rodzin oraz innych trzeźwiejących alkoholików.
Po zakończeniu terapii pacjent wie, czego powinien unikać, umie rozpoznawać sygnały ostrzegawcze.
- Choroba idzie obok, a pacjent musi dalej sam kontynuować terapię, korzystając np. z grup wsparcia - mówi Włodzimierz Glinka. Podkreśla przy tym, że każdy ma szansę na abstynencję, bo każdy jest kowalem swego losu; każdy rokuje dobrze, ale wszystko zależy od niego.
Jacek Papis
j.papis@laif.co.uk
źródło Tygodnik Lajf
Co wirtualne gry mogą zrobić z człowiekiem?
O uzależnieniach od gier wirtualnych mówi się na razie niewiele. Może dlatego, że wydają się one nie aż tak groźne, jak na przykład narkomania. Jednak o tym, że nie należy ich lekceważyć, świadczą zdarzające się na świecie przypadki śmierci osób, które do tego stopnia zaangażowały się w grę, że ich organizm nie wytrzymał obciążenia. Do prywatnego ośrodka terapii uzależnień we wsi Janochy w woj. mazowieckim mało osób zgłasza się bezpośrednio ze wspomnianym problemem. "Uzależnienie od gier wychodzi na jaw najczęściej przy okazji innych, ponieważ często jedno pociąga za sobą kolejne" - mówi dyrektor ośrodka, lek. med. Włodzimierz Glinka. Chorzy w pierwszej kolejności przychodzą z uzależnieniami chemicznymi, czyli związanymi bezpośrednio z określonymi substancjami. Tymczasem w przypadku pracoholizmu, uzależnienia od hazardu lub gier również następują w organizmie człowieka przemiany biochemiczne. "Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina. Człowiek uzależnia się w ten sposób od potrzeby wykonywania danej czynności" - mówi Glinka. O uzależnieniu od gier można mówić wtedy, gdy chory spędza cały czas przy komputerze zaniedbując sen, życie towarzyskie i posiłki i kiedy nałóg zaczyna niszczyć jego sferę partnerską i zawodową. Tak było w przypadku jednego z pacjentów ośrodka, który dla gry rzucił szkołę albo pacjenta, który grał w jedną grę przez 2,5 roku. "Mimo że nie jest to uzależnienie chemiczne, zabiera czas i prowadzi do ciężkich zaburzeń psychicznych i psychofizycznych" - mówi Glinka. "Z czasem będziemy obserwować coraz więcej takich uzależnień" - ostrzega. Jak na razie problem na szerszą skalę istnieje głównie w krajach azjatyckich - Chinach, Japonii, Korei czy Wietnamie, gdzie powstają wyspecjalizowane ośrodki terapii tego typu uzależnień. Według informacji podanych przez portal 4press.pl, firma Xtive z Korei Południowej opracowała nawet sposób, który miał ograniczyć to negatywne zjawisko: stworzyła program, który odtwarza pewną sekwencję dźwięków, mającą zmuszać gracza do zrobienia sobie przerwy. Dźwięk ten to bodziec podprogowy, który może być odbierany tylko podświadomie. Komunikat o zaprzestaniu grania jest powtarzany z niewiarygodną prędkością od 10 tys. do 20 tys. razy. Nie da się co prawda rozpoznać znaczenia słów, ale są one podobno rejestrowane przez ludzką podświadomość. Zapobieganie uzależnieniom od gier należy zacząć od dzieci, a sprawy w swoje ręce powinni wziąć rodzice. "Chodzi o to, by jak najwięcej wiedzieć o swoim dziecku, rozbudzać w nim różne zainteresowania i rozsądnie dozować mu rozrywki elektroniczne" - radzi Glinka. O tym, że najbardziej narażone na uzależnienie od gier są dzieci, świadczy struktura pacjentów umieszczanych w klinice leczenia uzależnień od tego typu rozrywki w Wietnamie: pod koniec 2008 roku przebywało tam w sumie 50 nastolatków, przeważnie w wieku od 13 do 18 lat. W ośrodku próbuje się zainteresować młodzież sportem, malarstwem czy muzyką. (PAP Life)
Ewa Zimnicka (PAP Life)
Czy legalizować tzw. narkotyki miękkie - wywiad z dr Włodzimierzem Glinką a Michałem Stangret
Szamani w Amaryce Południowej palą marihuanę i potrafią w zdrowiu żyć po 100 lat. Może przesadzamy nazywając zwykłe zioło niebezpiecznym narkotykiem?
Ale od połowy lat 80-tych na rynku nie ma już naturalnego zioła. Nie ma już zwykłej marihuany jaką kiedyś paliły Dzieci Kwiaty. To co trafia na rynek to chemicznie przetworzone zioło, które oprócz tego, że zamiast 0,5 proc. potrafi mieć do 25 proc. THC, to co najhgorsze jest na wskroć przesiąknięte chemicznymi wzmacniaczami, opryskane substancjami opiatowymi, albo DDT, a kto wie, czy nie jest jest jeszcze przez dealera popryskane muchozolem. Czy ten kto chce sobie przypalić, jest w stanie sprawdzić co pali?
Wie na przykład, że bierze ze sprawdzonego źródła.
Temu kto dziś sprzedaje, czy produkuje ostry narkotyk pod szyldem marihuany jako miękkiego narkotyku, chodzi - ni mniej ni więcej - tylko o to, by zdobyć klienta. Zrobi co może by klienta złamać i uzależnić.
Nawet jeśli, to od jednego jointa można się uzależnić?
Niech pan przyjedzie do mojego ośrodka. Większość z tych, którzy się tu leczą, zaczynało od marihuany. Teoretycznie byli świetni. Byli przekonani, że zapalą raz, drugi i koniec. Nikt z nich nie przypuszczał, że tak skończą.
To są osoby z dobrych domów, zwykli ludzie?
Niektórzy biorą bo mają, inni, bo mają. Dziś na marihuanę stać każdego.
Może jednak nie warto karać za posiadanie niewielkiej ilości marihuany na własny użytek?
Ależ proszę pana, ja prowadzę prywatny ośrodek, i gdybym myślał jak biznesmen, to bym powiedział: tak legalizować, nie karać. Bo miałbym więcej roboty. Ale nie mogę tego powiedzieć, zbyt dużo widziałem straconych żyć. Czy pan wie ilu widziałem młodych inteligentnych ludzi, którzy myśleli, że sobie tylko popalą od czasu do czasu. Oni byli święcie przekonani, że nie dopuszczą do sytuacji, by wejść w nałóg. Myśleli sobie, że gdy zobaczą, że coś idzie w złym kierunku, przestaną. Problem w tym, że nie dostrzegli. Budzą się po latach i widzą, że coś umknęło ich kontroli, nie mają pojęcia jak to się mogło stać. Są sfrustrowani widząc jak w międzyczasie świat poszedł do przodu, ich znajomi się rozwinęli. To tylko część bólu, bo ci ludzie często są już intelektualnie uwstecznieni. Teoretycznie jesteśmy mistrzemi w budowaniu sobie planów. Praktyka pracy z uzależnionymi pokazuje co innego.
.jpg)
|