Dyrektor O¶rodka: dr W³odzimierz Glinka
tel. +48 (29) 767 19 61
tel. kom +48 502 545 452 lub +48 784 111 444
e-mail: dr.glinka@janochy.pl

JANOCHY s.c. nieprzerwanie uczestniczy w programie Rzetelna firma!

http://www.rzetelnafirma.pl/RQBLYAYE/1



SESJA ZAPOBIEGANIA NAWROTOM CHOROBY - Wejd¼

Fragmenty wywiadu z doktorem Glinka, przygotowywanego do druku w wydaniu ksi±¿kowym

Wywiad – rzeka z W³odzimierzem Glinka

Z W³odzimierzem Glinka rozmawia Marek Samselski

Janochy, lipiec 2009 r.


M. - Jeste¶ lekarzem, jeste¶ podró¿nikiem, jeste¶ napastnikiem, jeste¶ ratownikiem. Zgadzasz siê? 

W³odzimierz - Z ca³± pewno¶ci± jestem lekarzem...

M. - Z wykszta³cenia i z powo³ania. Znam lekarza, dobiega ju¿ siedemdziesi±tki, który powiedzia³, ¿e co trzeci z jego profesji wybiera ten zawód z powo³ania. My¶lê, ¿e ty na pewno. 

W³odzimierz - Tak, zgodzê siê z tym. Zdawa³em egzaminy na pi±tki, byæ mo¿e zdawa³bym celuj±co, studiuj±c na przyk³ad in¿ynieriê ¶ródl±dow±. Trudno to sprawdziæ, a w³a¶ciwie jest to niemo¿liwe, gdy¿ nigdy na taki kierunek bym siê nie wybra³, a poza tym nie wiem, czy w ogóle taki istnieje. Jak±¶ szansê mia³aby in¿ynieria transoceaniczna, bo horyzonty pewnie poszerza. A mówi±c zupe³nie serio, prawda jest taka, ¿e od dziecka chcia³em byæ lekarzem i cieszê siê, ¿e nim jestem.

M. – Typisch humanista, ¿e stwierdzê z niemiecka. 

W³odzimierz – Ty pisz – humanista.

M. - Zwiedzi³e¶ kawa³ ¶wiata, ale o twoich podró¿ach jeszcze porozmawiamy. Na razie mam takie pytanie: Czy je¼dzisz przede wszystkim do miejsc, czy te¿ namagnesowany jeste¶ lud¼mi, których znasz albo masz poznaæ?

W³odzimierz - Przyci±ga mnie ¶wiat, który mogê poznaæ. Tak, przede wszystkim nowy ¶wiat ludzi, potem krajobrazowy. Na pewno najpierw jestem humanist±, a potem globtroterem.

M.- Do Stanów Zjednoczonych wybra³e¶ siê po...?

W³odzimierz - Po powietrze, po przestrzeñ, po do¶wiadczenia. No oczywi¶cie nie po to, by samotnie przemierzaæ preriê land roverem albo hummerem, czy te¿ zwiedzaæ Alaskê psim zaprzêgiem husky. Podziwiaæ Kanion Colorado – OK, ale nie sam... Wzruszeniem chcê siê dzieliæ. Sporo czasu spêdzi³em w barach, te¿ dzieli³em siê w nich wzruszeniami. 

M. - No w³a¶nie, przypomnê, ¿e nazwa³em ciê na wstêpie napastnikiem. Mia³em na my¶li tak± ¿yciow± postawê cz³owieka czynu, trochê (albo niekoniecznie trochê) ryzykanta. Jednocze¶nie masz w sobie sporo romantyzmu. 

W³odzimierz - Nie powinno to dziwiæ. My¶lê, ¿e podró¿nicy przemierzaj±cy Stany w poprzek, musz± mieæ w sobie co¶ z romantyka. Ale ¿eby po¿yæ trochê w tym kraju, musia³em pracowaæ, tu zdecydowanie w³±cza siê pragmatyzm. Poza tym mia³em ambitny plan od³o¿enia trochê pieniêdzy i przywiezienia do Polski.

M. – Jeste¶ facetem swobodnie poruszaj±cym siê w¶ród ludzi show-biznesu w Hollywood, a jednocze¶nie ¶wietnie rozumiej±cym siê z ¿yciowymi degeneratami w twoim o¶rodku w Janochach. 

W³odzimierz – Och, my¶lisz ¿e w Hollywood ma³o jest ¿yciowych, jak to powiedzia³e¶, degeneratów? Prochy i alkohol s± tam w bezustannym natarciu. 

M. – By³e¶ æm± barow± jak Chinaski Mickey’a Rourke’go, czy zostawia³e¶ Vegas jak Sanderson, zagrany przez Nicolasa Cage’a? 

W³odzimierz – Co¶ czujê, ¿e pytasz naprowadzaj±co i prowokacyjnie, bo wiesz, ¿e zasiada³em przy barze z Nicolasem. Nie rajcowa³y mnie speluny, po jakich tacza³ siê Chinaski, nie dotar³em te¿ do etapu beznadziejnej umowy z kimkolwiek, polegaj±cej na zakazaniu mówienia sobie prawdy i zakazie pomagania w wyj¶ciu z na³ogu. Taki uk³ad ze swoj± partnerk± zawar³ Sanderson. Widzisz, alkoholik na pewnym etapie czêsto staje siê na tyle psychopatyczny, ¿e zaczyna baæ siê ¿ycia. A cz³owiekowi, który boi siê ¿ycia, ³atwiej staæ siê samobójc±. Po dwóch tygodniach zdjêæ „Zostawiæ Las Vegas”, samobójstwo pope³ni³ John O’Brien, autor w du¿ej czê¶ci autobiograficznej ksi±¿ki, na podstawie której nakrêcono film. Geoffrey Firmin, zapijaj±cy siê w meksykañskim upale konsul, bohater powie¶ci „Pod wulkanem”, to alter ego jej autora – Lowry’ego Tak siê czasem to splata. Je¶li chodzi o mnie, to ja ¿ycie kocham. I siê go nie bojê.

M. – Kiedy polecia³e¶ do Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy? 

W³odzimierz - W osiemdziesi±tym dziewi±tym, jako trzydziestolatek. Taki wiek zobowi±zuje ju¿ do powa¿nych decyzji. Albo powiem inaczej, do decyzji maj±cych swoj± powa¿n± wagê. 

M. – Drodze twoich prze¿yæ towarzyszy³a mozaika fantastycznych (blisko science fiction) wydarzeñ i wielkich dramatów, pocz±wszy od wyjazdu z rodzinnej Ostro³êki, przez studia medyczne, praktykê lekarsk± w Polsce, wyjazd do Stanów, podró¿e i wreszcie, w po³owie lat dziewiêædziesi±tych, za³o¿y³e¶ o¶rodek odwykowy w Janochach i w³asne Glinkowo. Jeste¶ klasycznym przyk³adem kowboja, który naje¼dzi³ siê po prerii, zmêczy³ siê tym nieco, znalaz³ odpowiedni± squaw i za³o¿y³ w koñcu swoje ranczo. Tym bardziej jest to klasyczne, ¿e wróci³e¶ w rodzinne strony.

W³odzimierz – Du¿o w tym prawdy, oprócz jednego – ze swoj± squaw, czyli moj± ¿on± Basi±, jestem od dawna. Towarzyszy³a mi w moich wêdrówkach i próbach zawojowania ¶wiata, czêsto okazuj±c wielk± wyrozumia³o¶æ i prezentuj±c anielsk± cierpliwo¶æ. Basia jest dla mnie opok±. 

M. – Macie córeczkê Julciê. Kilka lat temu prze¿yli¶cie dramat nie do opisania, stracili¶cie swoj± pierwsz± córeczkê ... 

W³odzimierz – Tak. Zuzia urodzi³a siê z wad± serca. Nie uda³o siê jej uratowaæ. Kiedy odwiedzamy grób Zuzi, ¶piewam jej piosenki. 

M. – Masz jeszcze doros³± córkê Kasiê z wcze¶niejszego zwi±zku. Chcia³bym ¿eby¶my o twoich rodzinnych zwi±zkach, a tak¿e o latach ch³opiêcych porozmawiali pó¼niej, niejako odwijaj±c „¿ycia film”. 

W³odzimierz – Zgoda.

M. – Gwoli wyja¶nienia, ten „ratownik” w pierwszym zdaniu naszej rozmowy, to ratuj±cy ludzi bêd±cych na krawêdzi. My¶lê o pacjentach w twoim o¶rodku, no i o wielu ludziach, dla których jeste¶ terapeut± – przyjacielem. 

W³odzimierz – Nie jestem terapeut±. 

M – Spe³niasz rolê terapeuty. 

W³odzimierz – Zdajê sobie z tego sprawê. A wracaj±c do tematu ratownictwa, faktycznie s± w¶ród pacjentów tacy, którzy trafili tu zamiast do pogotowia ratunkowego. W stanie bliskim delirium. Leczenie w moim o¶rodku jest p³atne. Mam ¶wietny zespó³ terapeutów, specjalistów od uzale¿nieñ. Pacjenci, powodowani determinacj± w³asn±, a czêsto te¿ najbli¿szych, decyduj± siê, ¶rodkami p³atniczymi, przeznaczanymi wcze¶niej na spustoszenia organizmu, zap³aciæ za restauracjê... cia³a i psychiki.

M. – Sam to przechodzi³e¶. 

W³odzimierz – Przechodzê ca³y czas. Nie ma wyleczenia z na³ogu; jest zaleczenie. Powiem ci, ¿e czujê siê potrzebny tym ludziom w o¶rodku... 

M. – Masz charyzmê, mówi±c patrzysz prosto w oczy. Dajesz im si³ê. 

W³odzimierz – Wiêc jestem im potrzebny i jednocze¶nie ja ich potrzebujê. Widz±c i czuj±c ich, wyzwalam w sobie energiê. Ka¿dy przypadek pacjenta jest inny, ale istnieje taki upiorny schemat zdobywania przez alkohol w³adzy nad cz³owiekiem, który siê powiela. Czêsto w przypad³o¶ciach osób lecz±cych siê, odnajdujê swoje przypad³o¶ci. 

M. – Tak, jeste¶ facetem po przej¶ciach. Pan doktor jest wiarygodny. 

W³odzimierz – Oni wszyscy s± po przej¶ciach, czêsto niewiarygodnych. 

M. – Chcia³bym, ¿eby¶my porozmawiali w³a¶nie o twoich przej¶ciach. My¶lê, ¿e niekoniecznie w postaci zeznañ w porz±dku chronologicznym. Pozwól, ¿e bêdê zadawa³ ci pytania o wydarzenia, o implikacje i wnioski. Sam pozwolê sobie pewnie te¿ od czasu do czasu wysnuæ jaki¶ wniosek. Znamy siê i przyja¼nimy, namówi³em ciê na ten wywiad i jego ksi±¿kowe wydanie, gdy¿ masz wiele do powiedzenia, nie tylko w temacie uzale¿nienia. No i – swoje marzenia i zamierzenia sukcesywnie w ostatnich latach realizujesz. A wiesz, podejrzewam ciê o pracoholizm.

W³odzimierz – To czêsty przypadek w zastêpie alkoholików; autoterapia poprzez pracê. Zreszt±, ja nie potrafiê dzia³aæ „letnio”. Zaanga¿owa³em siê w budowê domu, w leczenie uzale¿nionych, w rozbudowê o¶rodka. Dzielê swoje zaanga¿owanie na rodzinê i pracê zawodow±. Nie wiem czy dzielê sprawiedliwie, byæ mo¿e za rzadko wyhamowujê dzia³anie i oddajê siê refleksji. Lubiê pracowaæ pod napiêciem, mo¿e to jest mi po prostu niezbêdne. Podejmowa³em decyzje na krawêdzi ryzyka. Aby zbudowaæ ten dom, który jest taki jaki teraz widzisz, trzeba by³o zacz±æ od zakupu wal±cego siê domostwa, ¶mierdz±cego pêdzonym w nim bimbrem. Ten zakup by³ w³a¶ciwie „na gêbê”, gdy¿ podpisywa³em umowê nie maj±c jeszcze pieniêdzy z kredytu, o który siê ubiega³em. Ryzykowne to by³o, ale czu³em ¿e znalaz³em miejsce, w którym chcê ju¿ zostaæ. 

M. – Dwie mam uwagi. Pierwsza to taka, ¿e zdarzaj± siê ludzie pracuj±cy bez wytchnienia, gdy¿ tego wytchnienia najzwyczajniej siê obawiaj±. A druga dotyczy tego, co powiedzia³e¶ o umowie „na gêbê”; je¶li kto¶ co¶ ci sprzedaje, a w³a¶ciwie daje, bior±c papier umowy bez pokrycia, to znaczy, ¿e posiadasz si³ê perswazji i budzisz zaufanie. 

W³odzimierz – Nie perswadowa³em za bardzo. Po prostu powiedzia³em, ¿e chcê kupiæ to domostwo i kawa³ek ziemi, i na pewno tu zostanê. My¶lê, ¿e ludzie podejmuj± ryzyko zdaj±c siê na swoj± intuicjê. Bo przecie¿ ten sprzedaj±cy te¿ podejmowa³ ryzyko. Wybra³em to miejsce i widaæ pewnie po mnie by³o autentyczne chcenie i determinacjê. Nie by³o „¶ciemy”. Tak pewnie czu³ to sprzedaj±cy. 

M. – Masz tutaj konie, to zreszt± oczywiste, ¿e kowboj dobrze siê czuje w ich towarzystwie. Sprowadzi³e¶ te¿ spore stado zwierz±t egzotycznych i da³e¶ im spor± po³aæ ziemi do dyspozycji. Wykupi³e¶ do¶æ rozleg³y teren wokó³ swego domu tak¿e dlatego, by nikt za blisko siê nie pobudowa³ i nie przes³oni³ panoramy równinnej okolicy. Widzê, ¿e siê ¶miejesz. 

W³odzimierz – Tak rzeczywi¶cie powiedzia³em.

M. – Konie i przestrzeñ rozumiem, o przestrzeni i potrzebie szerokiego horyzontu wspomnia³e¶, ale sk±d to zami³owanie do egzotycznych zwierz±t. Masz tu wielb³±da o bardzo interesuj±cym imieniu – Bentley. Spaceruj± lamy, alpaki, os³y, dziki, dumne pawie...

W³odzimierz – Sam ju¿ to powiedzia³e¶, sprowadzam te zwierzêta z zami³owania, A zwróæ uwagê na moich pacjentów. Czy¿ nie ma w¶ród nich egzotycznych osobowo¶ci? Byæ mo¿e dzia³am z pewn± empati±. My¶lê, ¿e sprawia im przyjemno¶æ obcowanie z moimi zwierzêtami, zreszt± jest w tym element terapii. Podobnie jak uprawianie tutaj ziemi. Niepotrzebnie chyba powiedzia³em – z moimi zwierzêtami, gdy¿ one s± te¿ w³asno¶ci± wszystkich „janochowskich” lecz±cych siê. Gdyby nie o¶rodek, pewnie nie by³oby ich tyle.

M. – Rozumiem, ¿e pacjenci wiedz± za co p³ac±, a p³ac± dwana¶cie tysiêcy z³otych za miesi±c leczenia i pobytu. 

W³odzimierz – Uj±³e¶ to w lapidarny sposób. P³ac± za wysok± jako¶æ i sprawdzon± efektywno¶æ leczenia. Wystarczy proste rozumowanie, by wyci±gn±æ wniosek, ¿e maj± do dyspozycji komfortowe pokoje i to wszystko, co widzisz wokó³, dziêki poziomowi leczenia i terapii. Bo za taki poziom mo¿na liczyæ sobie wysokie stawki i za nie rozbudowywaæ „sieæ us³ug”. We¼ w cudzys³ów tê „sieæ us³ug”, bo mam tu na my¶li jeszcze kort tenisowy do dyspozycji, a tak¿e strzelnicê i basen. Rozwa¿am te¿ bardzo powa¿ne sesje skoków spadochronowych, przy odpowiedniej pogodzie i wietrze, oczywi¶cie.

M. – Znowu widzê twój swoisty, nieco przewrotny u¶miech, jeszcze trochê, a przerodzi siê w sarkastyczny w swojej wymowie obronny rechot. To dra¿liwy temat, ta wysoko¶æ stawek za leczenie? 

W³odzimierz – Nie dra¿liwy. Zdarzaj± siê z³o¶liwe komentarze, najczê¶ciej telefoniczne, gdy podczas sonduj±cej rozmowy na temat warunków leczenia podajemy cenê za pobyt. Powiem ci, ¿e z roku na rok ro¶nie liczba naszych pacjentów. Opowiada³e¶ o twojej pracy w Gaudynkach, w jednym z o¶rodków Monaru. Po paru miesi±cach Marek Kotañski powiedzia³ ci, ¿e naprawdê pomo¿esz pacjentom, je¶li przynajmniej przez rok zamieszkasz z nimi. Tak zrobi³e¶, pomog³e¶, ale drogo ciê to kosztowa³o. Za jak± cenê pracowa³e¶? O ile wiem, kosztowa³o ciê to ¿ycie rodzinne.

M. – To prawda, by³o to æwieræ wieku temu. Wiêc pomyli³em siê z tym rechotem, nazwê go „obronnym”. Obronny biorê w cudzys³ów, oczywi¶cie. Prawdê mówi±c, to je¶li co¶ jest tanie, to automatycznie wydaje siê mniej warte, albo powiem wiêcej – mniej warto¶ciowe. 

W³odzimierz – Ci, którzy tu przyje¿d¿aj± i zostaj±, s± w¶ród nich tak¿e narkomani i lekomani, traktuj± ten pobyt ¶miertelnie powa¿nie. Nie przez przypadek mówiê – ¶miertelnie, bo prócz skrajnie psychopatycznych przypadków, motywacj± do leczenia siê jest ¶wiadomo¶æ ratunku przed zej¶ciem ¶miertelnym. Z takim lêkiem przywo¿± te¿ ich bliscy. Trafi³a do nas pacjentka po dwóch próbach samobójczych - po skoku z trzeciego piêtra i zderzeniu siê szybkim samochodem z drzewem, sk³adana by³a przez najlepszych chirurgów. Powiedzia³em jej, ¿eby podziêkowa³a Bogu i Opatrzno¶ci, ¿e chodzi. Powiedzia³em jej, ¿eby wyobrazi³a sobie, ¿e pokona³a alkohol, czyli swego podstêpnego przyjaciela i najwiêkszego wroga, a unieruchomiona jest na wózku inwalidzkim bezw³adna od pasa w dó³, bo to jej grozi³o. Zdarzaj± siê pacjenci, którzy w³a¶ciwie nie zostaj± naszymi pacjentami, gdy¿ po wzmocnieniu siê kroplówk± i uspokojeniu dygotu, opuszcza ich strach towarzysz±cy agonii i postanawiaj± drugiego albo trzeciego dnia wyjechaæ. G³usi na perswazje (czy to ³agodne, czy to ostre) podpisuj± o¶wiadczenie, ¿e na w³asn± pro¶bê rezygnuj± z leczenia. Nie lêka³by¶ siê, ¿e jeszcze tego samego dnia zapij± siê na amen? A wracaj±c do tematu ¶miechu, my¶lê, ¿e powa¿ne traktowanie swego leczenia to jedno, a zdrowotne w³a¶ciwo¶ci poczucia humoru, to drugie. 

M. – Czy to znaczy, ¿e za ma³o serdecznego ¶miechu?

W³odzimierz – Du¿o serdecznego ¶miechu jest, gdy odwiedzaj± nas rezydenci, którzy wyszli z o¶rodka rok albo lata temu. Widaæ u nich powrót naturalnej rado¶ci ¿ycia. Przy okazji przypomnê o dobrych w³a¶ciwo¶ciach autoironii. Odpowiedni dystans, a to du¿a sztuka umieæ spojrzeæ na siebie z odpowiedniego dystansu, jest na pewno pomocny w zmaganiu siê z uzale¿nieniami.

M. – S± listy tych, którzy wyszli z o¶rodka. Pozwól, ¿e zacytujê dwa tegoroczne wpisy do waszej internetowej janochowskiej ksiêgi go¶ci. Pisz± listy byli pacjenci. S± bardzo buduj±ce wpisy, na przyk³ad od utrzymuj±cego abstynencjê pacjenta, który wyszed³ sze¶æ lat temu z o¶rodka dziêkuj±cego za to, ¿e istniejecie:

Witaj Doktorze! Sze¶æ lata temu moja rodzina przywioz³a mnie do o¶rodka w Janochach. By³em po miesiêcznym ci±gu alkoholowym, brudny, obola³y, utraci³em chêæ ¿ycia. Zosta³em tylko dla tego ¿e nie mia³em si³y aby siê zbuntowaæ. Po badaniach okaza³o siê ¿e mam uszkodzon± trzustkê, w±trobê i wszystkie podroby. Po trzech dniach chcia³em zakoñczyæ leczenie, ale dziêki Tobie doktorze i ludziom z którymi pracujesz zosta³em. Mam teraz ¶wiadomo¶æ ¿e to uratowa³o mi ¿ycie. By³em u Was osiem tygodni. By³ trudny, ale i ciekawy dla mnie czas. Leczenie ukoñczy³em w piêkny kwietniowy dzieñ w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Minê³o sze¶æ lat mojego zdrowienia . Obecnie mam normalnie funkcjonuj±c± rodzinê, prowadzê w³asny biznes. Zawdziêczam to te¿ temu, ¿e s± "Janochy", ¿e jak mi jest ciê¿ko to mogê do Was zadzwoniæ czy przyjechaæ. Dziêki tym wizytom, które pewnie doktor pamiêta dostajê now± energiê do ¿ycia. Wybieram siê znowu do Was w kwietniu na kolejn± Sesjê Zapobiegania Nawrotom Choroby.

To laurka, prawda? 

W³odzimierz – Nazywaj jak chcesz. My¶lê, ¿e to szczery list. 

M. – Nie przeczê. Jest te¿ taki:

Uff. Prawie poleg³em. Gówniany Okres ¶wi±teczny, te ci±g³e ¿yczenia i alkohol wko³o. Mêczy mnie ta abstynencja. Wszêdzie widzê wódê, otacza mnie morze wóda, morze wódy. Oraz te wyrozumia³e spojrzenia pij±cych. To jest szanta¿. Gówno. Mêczy to. 

W³odzimierz – To te¿ szczery wpis. A moja odpowied¼ autorowi, to – uciekaj, uciekaj od takich sytuacji, od takich ¶wi±t, nawet je¿eli to s± ¦wiêta Bo¿ego Narodzenia albo Wielkanocne. 

M. – Opowiadasz w o¶rodku du¿o dowcipów. Zdajê sobie sprawê, ¿e zazwyczaj w celu roz³adownia napiêcia. Zdarza siê przecie¿ czêsto, ¿e pacjent us³yszy od terapeuty do¶æ brutaln± prawdê o sobie, a tak¿e ¿e tonem despoty przypominasz o zaleceniach i twardych regu³ach, których musz± siê trzymaæ. Ach, rozbawi³e¶ niedawno towarzystwo opowiadaj±c o go¶ciu kupuj±cym butelkê Smirnoffa. Jak to by³o? 

W³odzimierz – Dowcip roz³adowuje napiêcia i jest antidotum na agresjê. Pamiêtaj, ¿e alkoholik czy narkoman bardzo ³atwo przechodzi ze stanu rezygnacji w stan wzmo¿onego napiêcia emocjonalnego i agresji. A ten dowcip z kupuj±cym wódkê brzmia³ tak: Podchodzi facet do baru i zamawia butelkê W³adimira Smirnoffa. – Jan Kowalski jestem – przedstawia siê barmance. - Nie musi pan mi mówiæ, jak siê nazywa – mówi do niego barmanka. – Przedstawiam siê, bo nie jestem anonimowym alkoholikiem – mówi na to go¶æ... 

M. – Piêkna anegdotka, a wiesz jak zabawne mo¿e byæ dla go¶cia odwiedzaj±cego o¶rodek wydarzenie, którego by³em ¶wiadkiem... Siedzieli¶my przy kolacji, obok mnie jad³, a w³a¶ciwie próbowa³ prze¿uwaæ kawa³ek wêdliny, pacjent z jednodobowym sta¿em. Widaæ by³o, ¿e jeszcze bardzo walczy³ ze skokami ci¶nienia i rozedrganym ¿o³±dkiem. Podano mu kieliszek z grubego szk³a z lekarstwami. Szybko przechyli³ go do ust i ³ykn±³ na raz wszystkie tabletki. Obserwowa³ go o¶rodkowy terapeuta Bronek i rzuci³ – O, tego w³a¶nie musisz siê oduczyæ. Nie bêdziesz na pewno tak tutaj po³yka³ tabletek.

W³odzimierz – Anegdotyczne, ale prawdziwe.

M. – W³a¶nie, opowiada³e¶ mi sporo o twoich przej¶ciach, anegdotycznych, ale prawdziwych. Rozprostujmy trochê ko¶ci, ³yknijmy ¶wie¿ego powietrza i pro¶bê mam, ¿eby¶my wrócili do aromatycznej kawy, domowego ciasta i do wydarzeñ w twoim ¿yciu najbardziej znacz±cych.

W³odzimierz – Zatem zapraszam na spacer. Acha, uzupe³niê zapas czekoladek, dostarczaj± organizmowi magnez, wyp³ukiwany przez kawê. Przyjemniej jest regulowaæ poziom tak potrzebnego pierwiastka czekolad± ni¿ kroplówk±. A magnez bierze udzia³ w syntezie bia³ek i kontroluje wszystkie procesy zachodz±ce w organizmie. Przydatny w zwalczaniu stresu. Ale z magnezem nie nale¿y przesadzaæ, gdy¿ jego stosunek do wapnia na przyk³ad powinien wynosiæ jeden do dwóch. Tak wiêc ostro¿nie z czekoladkami, bo jeszcze nie jeste¶my wapniakami. No, chod¼my rozprostowaæ te nasze ko¶ci. Co tak ci siê mina nagle wyd³u¿y³a? Naprawdê nie wygl±dasz na wapniaka. Chcesz zobaczyæ dzieci Weny?

M. – Jak±¶ metafor± mi to pachnie.

W³odzimierz – Wena jest suk± rasy labrador. Niedawno siê oszczeni³a i mamy dziewiêcioro szczeniaków labradorówków. Wszystkie maj± imiona na literê „A’, wymy¶lanie ich by³o niez³± zabaw±. Uwa¿aj, kiedy bêdziesz chcia³ pog³askaæ dzieci Weny, maj± ju¿ ostre z±bki.

(…) 

M. – Utkwi³o mi w pamiêci twoje stwierdzenie, ¿e wszyscy jakby ¿yjemy swoim rytmem. Wpadamy w rytm pracy albo zabawy, rytm dzia³ania z premedytacj± albo ¿ycia z dnia na dzieñ. Dobrze jest siê zatrzymaæ i ws³uchaæ siê w rytm, czy za³amuje siê i czy akurat nam dobrze s³u¿y. Tak to mniej wiêcej powiedzia³e¶. Na pewno prze¿ywa³e¶ okresy dzia³ania, ¿e tak to nazwê, w rytmie beztroskiego lata albo lat beztroskich.

W³odzimierz – Pewnie zmierzasz do pytania, czy mia³em ¶wiadomo¶æ, na ile mi s³u¿y to, co robiê.

M. – Tak. Czy zdawa³e¶ sobie sprawê jak siê nak³ada³ i rozmija³ rytm pozytywistycznej pracy, na jak± siê decydowa³e¶, z rytmem cyganeryjnego ¿ycia jakiemu siê oddawa³e¶?

W³odzimierz – Trudne i jako¶ skomplikowane pytanie. Mo¿e jednak decydowa³em siê na cyganeryjne ¿ycie, a nie jemu siê oddawa³em albo poddawa³em. Raczej z wyboru chcia³em obcowaæ z bohem±... Twórcze osobowo¶ci przyci±gaj±. Wiesz, mo¿na to chyba nazwaæ rodzajem uzale¿nienia, nie od ¿ycia na ci±g³ym gigancie, na wykrêcaniu numerów... my¶lê o tym, co czu³em. ¯ycie cyganeryjne uzale¿nia swoj± kreatywno¶ci±. Koloryt swoj± drog±, ale my¶lê, ¿e mnie zawsze poci±ga³a i uzale¿nia³a cyganeryjna, bohemowa kreatywno¶æ... dobrze to przecie¿ znasz. Co¶ wynika z bycia, co¶ zostaje... Z lumpenproletariatem, z ide± picia dla picia, cwaniakowania, zdobywania kasy na alkohol, bym siê nie zwi±za³. A co do tego rytmu, mówi³em o nim metaforycznie. U¿y³em jako przeno¶ni, przywodzi na my¶l wyra¿enie „wypa¶æ z rytmu”, a czasem warto to zrobiæ.

M. – Idiomatyczne wyra¿enie.

W³odzimierz – Tak, nie myliæ z idiotycznym.

M. – Moim zdaniem, sygna³em informuj±cym ciê, ¿e czas na wy³amanie siê z rytmu, by³a lotniskowa historia z japoñsk± arystokratk±. Mam pro¶bê o przypomnienie jej... a zwróæ... zwróæ uwagê na przywo³anie bluesa. Lubisz go s³uchaæ, a przypomnia³y mi siê s³owa ³adnego bluesa, napisane przez Bogdana Loebla, ¶piewanego przez Mirê Kubasiñsk± z zespo³em Breakout - „s³uchaæ rytmu serca bêbna”, a mo¿e „... g³osu serca bêbna”. Wydaje mi siê, ¿e jedno i drugie s³owo pasuje. Poza tym „wy³amanie” to „breakout”, czy tak?

W³odzimierz – „to break out” mo¿esz przet³umaczyæ jako „oswobodziæ siê”. Je¶li dodasz „of prison”, to dodasz – z wiêzienia. A jasne, ¿e lubiê bluesa i ¶piewanie Kubasiñskiej i Nalepy, Claptona, Mayalla, Kinga. Clapton napisa³ piêkn± piosenkê po¶wiêcon± pamiêci swego tragicznie zmar³ego synka – „Tears In Heaven”, czyli „³zy w niebie”.

M. – Proszê o hollywoodzk± historiê z japoñsk± ksiê¿niczk±.

W³odzimierz – Domy¶lam siê, o jaki sygna³ chodzi w kwestii wy³amania siê czy oswobodzenia siê. To zdarzenie by³o potwierdzeniem regu³y schematu. W³a¶ciwie bohaterem nie by³a kobieta. Mia³em piekielnie odpowiedzialne zadanie odebrania z lotniska wa¿nej Japonki z arystokratycznego rodu i dostarczyæ vipowemu towarzystwu, oczekuj±cemu na jej przyjazd. Samolot l±dowa³ oko³o po³udnia, a ja obudzi³em siê rano po d³ugiej nocy i krótkim ¶nie. Dygot r±k, a równie¿ wnêtrzno¶ci, z mózgiem w³±cznie. Zrealizowa³em potrzebê pomocnego wyrównania poziomu alkoholu i postanowi³em powoli przemieszczaæ siê w kierunku lotniska. Obudzi³em siê tam, dok±d zmierza³em, z tym, ¿e by³ ju¿ wieczór, a ja przy barze. Okaza³o siê, ¿e moja Basia odebra³a tê Japonkê i, rada nie rada, zawioz³a do naszego domu. Co by¶ w tym momencie zrobi³ na moim miejscu?

M. – Co¶ bym zamówi³ w barze.

W³odzimierz – To pó¼niej. Najpierw siê sprawdza, co zosta³o w kieszeniach. Portfel by³ na swoim miejscu, karty p³atnicze te¿, i by³o jeszcze co¶, no w³a¶nie – bilet do Londynu. Na bezfilmiu kupi³em bilet powrotny do Europy. Na trze¼wo bym tego nie zrobi³, wiêc by³ to podkorowy sygna³, sygna³ówka do odwrotu.

M. – Zatr±bi³a i co? 

W³odzimierz – I nic. Nie odlecia³em.

M. – Jednak jaki¶ punkt zwrotny nast±pi³. Czy zdarzy³o siê co¶, jakie¶ wydarzenie za³amuj±ce ten, ¿e tak go nazwijmy, rytmiczny ci±g. Czy by³o to wydarzenie, czy te¿ decyzjê o bezwzglêdnej abstynencji podj±³e¶ po, nie wiem, jakich¶ introspektywnych przemy¶leniach?

W³odzimierz – By³ pewien wieczór na Manhattanie, czu³em siê podobnie jak tego przedpo³udnia, kiedy wyrusza³em na lotnisko. Przebudzi³em siê pod wieczór. Dotar³em do najbli¿szego baru...

M. – Przepraszam, jak dawno to by³o?

W³odzimierz – W dziewiêædziesi±tym czwartym, dok³adnie piêtna¶cie lat temu.

Wiêc dotar³em do tego baru, by³em opanowany... ale przez znajomy dygot wewnêtrzny, no i poprosi³em o szklaneczkê whiskey, zdaje siê, ¿e by³a to zbo¿owa Hudson Manhattan. Barmanka obrzuci³a mnie fachowym spojrzeniem i zapyta³a, czy nie chcê przypadkiem podwójnej. Odpowiedzia³em, ¿e jasne. Po tej podwójnej zamówi³em nastêpn±, wyra¿aj±c g³o¶no nadziejê, ¿e ta ju¿ zada spokój organizmowi. Zgodzi³a siê z tym ta sympatyczna barmanka. Pogadali¶my trochê i w pewnym momencie wrêczy³a mi wizytówkê. - Szkoda ciebie, wygl±dasz na ciekawego i porz±dnego faceta – stwierdzi³a z autentyczn± trosk±, - masz tu telefon i adres, niedaleko st±d, do moich przyjació³. Za³o¿yli grupê AA, zajrzyj do nich – powiedzia³a to jak stara dobra przyjació³a. Sama nale¿a³a do tej grupy. Prze¿y³em wstrz±s. Zosta³em zdiagnozowany. Jakby kto¶ trzyma³ w rêku wyniki mojego prze¶wietlenia. Widzisz, diabli wiedz±, kiedy nadejdzie iluminacja.

M. – W psychologii nazywana „zjawiskiem aha”.

W³odzimierz – Zgadza siê. Nagle pojawi³o siê gotowe rozwi±zanie problemu. ¦wiadomo¶æ, ¿e tak nale¿y zrobiæ, ¿e przecie¿ ju¿ czas. No, po bardzo d³ugim okresie nie¶wiadomo¶ci.

M. – Jest takie pomocne rozwa¿aniom s³ówko – gdyby. Gdyby¶ wybra³ siê do tego baru dwa, trzy, piêæ lat wcze¶niej, gdyby¶ trafi³ na tê barmankê i powiedzia³a ci to samo, czy prze¿y³by¶ wtedy ol¶nienie.

W³odzimierz – Nie wiem, trudno powiedzieæ. Na podjêcie decyzji sk³ada siê splot okoliczno¶ci i oczywi¶cie czas, termin jej podjêcia. Jasne, ¿e musia³em dotrzeæ ju¿ do pewnego momentu, punktu, w którym by³em zdeterminowany do decyzji – wyczyszczam swój organizm z alkoholu. Czas mija bezpowrotnie, musia³em zdaæ sobie sprawê, ¿e zaczynam bezpowrotnie traciæ szansê na realizacjê tego, co sobie zamarzy³em. Marnowaæ okazjê, jedna po drugiej.

M. – Zrodzi³ siê ¿al – szkoda, ¿e tak siê sta³o?

W³odzimierz – Tak, nie jestem typem roztrz±saj±cym zmarnowane okazje, ale przyszed³ wtedy czas u¶wiadomienia sobie, ¿e okazje mog± siê nie powtórzyæ.

M. – Pojawi³y siê wyrzuty sumienia?

W³odzimierz – Te¿, pomagaj± w tym najbli¿si, to znaczy z ich powodu przychodz± wyrzuty sumienia. By³a przy mnie Basia, dorasta³a wtedy moja córka Kasia, w Stanach zamieszka³ mój brat. A ja – syn, brat, m±¿, ojciec marnotrawny. Marnotrawi³em czas, taka w³a¶nie przysz³a ¶wiadomo¶æ. Nie wiem, czy gdybym wcze¶niej trafi³ do tego baru, czy tak podzia³a³oby to, co powiedzia³a barmanka. Byæ mo¿e – nie. Byæ mo¿e trzeba p³yn±æ a¿ siê dop³ynie do punktu zwrotnego, on sam do ciebie siê nie zbli¿y ani o centymetr. Dop³yniesz i dopiero wtedy mo¿esz dokonaæ nawrót.

M. – Julio Cortazar bardzo plastycznie opisa³ w jednej ze swych powie¶ci, zdaje siê w „Grze w klasy”, przypadek faceta, któremu zabagnia siê ¿ycie z powodu jego niefrasobliwo¶ci. Postanawia dotrzeæ do dna niepowodzeñ, do twardego gruntu, którego przebiæ nie mo¿na, a wypada tylko siê od niego odbiæ.

W³odzimierz – U¿y³e¶ s³owa – niefrasobliwo¶æ. Chyba celne s³owo w moim przypadku.

M. – Powiem wiêcej, w twoich przypadkach – Przypadki cz³owieka niefrasobliwego.

W³odzimierz – No, no, powiedzia³em wcze¶niej o w³asnej nie¶wiadomo¶ci. My¶lê, ¿e jednak mia³em ¶wiadomo¶æ uzale¿nienia i skutków dzia³ania alkoholu, ale by³em w tym wszystkich swoich poczynaniach niefrasobliwy. Niby dba³em o siebie i najbli¿szych, potrafi³em zarobiæ pieni±dze, jednak gdzie¶ tam odzywa³o mi siê, ¿e staæ mnie na wiêcej, ¿e nie zatapiam siê i nie zatopiê, ale dryfujê w bli¿ej nieokre¶lonym kierunku. Jakby rytm dzia³ania wyznacza³a chêæ prze¿ywania, poznawania. Pozna³em du¿o ciekawych ludzi.

M. – Ludzi o silnych, twórczych osobowo¶ciach?

W³odzimierz – Na pewno. Z takimi szalenie ³atwo o nag³± decyzjê wyruszenia w podró¿.

M. – W podró¿ na szlak? Mam na my¶li wêdrowny szlak naznaczony knajpami, krótko mówi±c – wêdrówkê po knajpach.

W³odzimierz – Niekoniecznie na szlak, mo¿na wsi±¶æ w jeepa i wyruszyæ na preriê, albo odwiedziæ inny stan.

M. – Steve McQuenn podobno zabiera³ goszcz±ce u niego towarzystwo na nieco szalone przeja¿d¿ki jeepem po prerii. Towarzystwo nie by³o zadowolone, szczególnie panie.

W³odzimierz – Opowiada³ o tym Roman Polañski. Ja powiedzia³em o podró¿y – ucieczce do innego miejsca. Ot tak, zmieniæ klimat.

M. – Siln± i twórcz± osobowo¶æ posiada³ Marek Kotañski. Spêdzi³em z nim kilka dni podczas jego wizyty w Berlinie Zachodnim ( by³o to w latach osiemdziesi±tych, kiedy Berlin by³ podzielony). Marek pojecha³ tam dzieliæ siê swoimi do¶wiadczeniami w pracy na rzecz przeciwdzia³ania narkomanii, porównywa³ dzia³anie Monaru z berliñskim Synanonem. Po oficjalnych spotkaniach bardzo intensywnie zwiedzali¶my Berlin, Marek by³ niespo¿yty w tym zwiedzaniu i wykazywa³ wielk± kondycjê w nocnych nasiadówkach. – Jestem w podró¿y, chcê poczuæ klimat miasta – powtarza³, gdy namawia³em go do odpoczynku. A przypomnia³ mi siê nie bez przyczyny, gdy¿ widzê sporo podobieñstwa miêdzy jego osobowo¶ci± a twoj±. Na pewno w sposobie zaanga¿owania ludzi i w swoj± pracê. Niczego nie traktowa³ „letnio”, by³ cz³owiekiem „gor±cym”.

W³odzimierz – Nie wiem, to twoje zdanie.

M. – Wróæmy do podró¿y. Mam pro¶bê, by¶ przytoczy³ kilka przyk³adów nieoczekiwanych zmian miejsc, które czym¶ szczególnym zaznaczy³y siê w twojej pamiêci. Oczywi¶cie dodam – te¿ kim¶ szczególnym. Takie, które mog³y byæ ma³ymi punktami zwrotnymi...

(…)